Garderoba wspomnień

Każda zmiana sezonu to zmiana lub przynajmniej uzupełnienie garderoby.  Tak sobie wczoraj pomyślałam, biegając za nową kurtką bo październik zaskakując diabelnie , przewiał mnie na wskroś, że to jakaś paranoja gdy nie ma miejsca na nowe „szmaty”.  Nie żebym kurtki ciepłej nie miała. Ba , nawet kilka wisi w szafie ale straciły już nieco na modzie i urodzie i zachciało mi się nową , najlepiej białą , lekutka jak piórko a ciepłą jak kołderka.  Oczywiście nie kupiłam jak zawsze gdy wiem czego chcę a tego nie znajduję. Pozostaje mi się zadowolić seryjną  bylejakością albo  dac szansę jeszcze innym sklepom. A przez ten czas może się ociepli i calkiem przejdzie mi ochota na nową kurtkę co rozwiązałoby problem szafy.  Bo szafa to pomyśleć , że z gumy jest , akurat. Szafę zaprojektowałam sama eliminując wszelkie szafiska w pokoju by jako jedna garderoba przedpokojowa mieściła wszystko co wiszące.  Podzielona jest na górę i dół. Na górze wiszą rzeczy krótkie , garnitury , zamienniki sezonowe , latem kurtki , zimą letnie żakiety. Na dole wiszą rzeczy użyteczności obecnej. Z jednej strony są pólki na buty , wyżej torby , szaliki , czapki , z drugiej wieszak na bieżąco. I wszystko się ledwo mieści ale co ja wam tu będę , pewnie macie podobny problem bo gromadzimy i gromadzimy a nie upłynniamy.   Kiedyś obiecałam sobie , że coś czego nie założyłam przez dwa lata , wywalę.  Ale tak się trudno rozstać z tymi przydasiami a nóż kupi się coś do czego znowu będą pasować albo trafi się niespotykana okazja że będą pasować wyjątkowo i aż koniecznie.  Że już przez wrodzona delikatność nie wspomnę , że zdarzy się cud i schudnę o lat powiedzmy 10 czy więcej.  Rozpłakałam się kiedyś jak głupia nad balową kiecką założoną ze dwa razy na dwa różne bale ale pozbyłam się jej w fontannie łez gdyż miała posłużyć komus innemu.  Takich kiecek wisi mi jeszcze kilka w szafie , kupionych , wyszukanych , jedynych w swoim rodzaju , przetykanych rozkoszą burzliwych wspomnień jak srebrną nitką. Inna sprawa , że czasem kupuję coś pod wpływem chwili i potem zapominam nawet że jestem posiadaczką kolejnego swetra , bluzy , a zwłaszcza spódnicy podnoszącej wskaźnik mojej kobiecości bo na codzienni tak chodzę w spodniach do obrzydzenia tego nieznośnego , niekobiecego nawyku. W zasadzie noszę się klasycznie bez szaleństw i przesadnej ekstrawagancji a najchętniej sportowo ale uśmiecham się na wspomnienie gdy kiedyś tam a czasy były jakie były i miało się co miało bo się co chciało to nie mogło mieć. Otóż wtedy, czas jakiś że nie powiem , temu zafarbowałam moje spodnie na wściekle fioletowy kolor. Pamiętacie jak się farbowało ciuchy?  Fiolet jak fiolet ale ten to był fiolet taki ja pierniczę.  Nosiłam się wtedy troche jak hipisiara  , takie tam worki żeglarskie , koszule do kolan , sznur koralików albo nawet kilka , pacyfka na szyi i te jebudfioletowe spodnie. Aż mnie do dziś rzewność w dołku ściska na wspomnienie tamtych lat. No i sami powiedzcie jak można wyrzucać takie „ perełki” z szafy wspomnień.  No dobra , rozpisałam się a tu pora wychodzić i leciec poszukać tej mojej kurteczki. Może tak mi się spodoba że będę chodzić w niej i w domu więc odejdzie problem szukania dla niej miejsca w szafie ))).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz