To było lato

To było bardzo samotne lato ...
a samotność to ptak, który je mi z ręki
i dziobie zawsze, gdy boi się mojego pustego spojrzenia

Kocham lato


Za co kocham lato?  
Pierwsza myśl. Za owoce. W chwili,  kiedy pojawiają się truskawki, te nasze, słodkie i pachnące, dla mnie zaczyna się lato. Jestem maniaczką truskawkową i gdyby nie to, że muszę ograniczać z uwagi na zawartość cukru, nie ograniczałabym sobie ich wcale. Jestem dowodem jakie w człowieku dochodzą paradoksalne zmiany. Przez ponad 40 lata swojego życia nie jadłam wcale żadnych owoców. Wykrzywiało mnie na sam ich widok a zjedzenie choćby jabłka było dla mnie nie do przyjęcia. Później owe jabłka zaczęłam jadać po jednym dwa razy w roku. Teraz mogę, a może bardziej chcę niż mogę, jeść codziennie. Natomiast te sezonowe, pachnące latem i tylko wtedy po prostu kocham. Czy to nie wpływ uczucia przemijania? Przecież wiadomo, że lato nie trwa wiecznie a z nim odejdą truskawki, czereśnie, agrest, porzeczki i maliny. To budzi tęsknotę nawet za tym co jeszcze trwa. I nie mogę zapomnieć też o warzywach. Mieszkam w takim miejscu, gdzie mam usytuowany jest najlepszy targ w mieście. Kiedy tam wchodzę o tej porze roku to już na „progu” witają mnie te wszystkie zapachy. W żadnym sklepie, ani markecie hipersuper, ani w osiedlowym, nie ma tak świeżego towaru i tak tą świeżością pachnącego. Kocham lato za młode ziemniaki z koperkiem, młodą kapustę, fasolkę a przede wszystkim za pomidory. Pomidory to warzywo, którym mogłabym się odżywiać na wyłączność. I kolejna rzecz, której przez 40 lat życia nie tolerowałam a teraz, ech … Kocham lato za lody. Lody są cały rok ale tylko w lecie smakują wyjątkowo. Ich oczywiście jeść w ogóle nie powinnam. Tak jak bułeczek jagodzianek, ciasta z truskawkami lub japońskiego deseru z frużeliną z wiśni. I jeszcze wiśniówkę, którą kiedyś robiłam później smakując w ciepłe wieczory. Za te wieczory a zwłaszcza noce, ciepłe i krótkie, rozgwieżdżone, też kocham lato. Kiedy z lampką lekkiego wina można usiąść na balkonie i gapić się w niebo nie śpiesząc do snu. Nie kocham jednak lata za upały. Ograniczają mnie bo staram się nie wychodzić z domu kiedy jest powyżej 30 stopni. Ciężko mi się oddycha, moje serce wtedy z trudem pompuje i mam wrażenie, że odczuwam każdą kroplę krwi, która się przez nie toczy. Nie mogę kochać również za słońce. Od kilku lat reakcja moich leków ze słońcem spowodowała alergię objawiającą się potwornymi wysypkami, które zostawiają po sobie ślady. 
Tak to jednak jest, że aby mieć to wszystko za co kocham lato musi być to wszystko za co je nie kocham. Nic nie dojrzeje i nie urośnie bez słońca. Żadna noc nie będzie ciepła po zimnym dniu. 

Czy nie ze wszystkim tak jest w życiu ?

Zamiast


...Odgonić ciężkie myśli by lekko sobie  wyśnić

Na przekór grawitacji, bez żadnej zdania racji

Upić się jak winem tym wspomnieniem miłym

Skoczyć w przepaść marzeń, złudnych wydarzeń

I nie budzić się wcale gdy zbyt ciężko żyć dalej...

Na Święta


W koszyczku jest posiana rzeżucha ale trochę niemrawo się w_z_rusza i ledwie dopiero kiełkuje
Za to po świętach będzie w sam raz zapewne, na kanapki.
Niech te Święta nie będą tylko smaczne poprzez białą kiełbasę, mięsiwa i baby.
Niech będą smaczne towarzystwem, czułością i wzruszeniami.
Niech przyniosą nadzieję, tym, którzy ją potrzebują i spokój, tym, którym na co dzień go brakuje.
I niech to wszystko zostanie również po Świętach.

Biegun


Nie pamiętam kiedy to się zaczęło. Pierwszą próbę samobójczą miałam w wieku 16 lat więc  chyba zaczęło się to u mnie od depresji. Kolejne próby, kolejne odratowania, znieczulania się lekami, okaleczeniami. Dusza bolała tak okropnie, że tylko łagodziło to w jakimś małym stopniu, okaleczanie swojego ciała. Ale tak to się zaczęło. I wcale to nie oznacza, że chciałam umrzeć. Przynajmniej nie przez cały czas, chciałam. Chciałam żyć ale żeby tak strasznie nie bolało. Potem były jakieś stany euforyczne, niosące nawet pewną nadzieję. Zachowywałam się jak szalona, jakby „jutra” miało nie być  i chyba tylko Bogu mogę dziękować, że do dziś nie ponoszę  tego konsekwencji. Lata całe i znów nie pamiętam wszystkiego, co się działo z moim umysłem, z moim ciałem i kiedy zaczęłam domyślać się powodów takiego stanu. Zdarzały mi się noce, które stojąc przy otwartym oknie, do bólu palców, trzymałam się parapetu, żeby tylko nie skoczyć. Równie mocno trzymałam się myśli, że mam dzieci, że jestem im potrzebna, że nie mogę, nie mogę, nie mogę. Nad ranem padałam wyczerpana i wcale nie czułam się zwycięzcą. Dotąd omijam okna a balkon mam zabudowany w strachu przed wciągającą mnie przestrzenią. Ile razy stojąc na krawężniku przy ulicy i widząc nadjeżdżającą ciężarówkę, walczę ze sobą by nie zrobić tego jednego kroku. Wiele razy też nie mam siły na podjęcie jakichkolwiek działań. Bolą czubki palców i końcówki włosów, boli wszystko. Nie śpię, nie odnajduję w sobie nawet fragmentarycznej wartości percepcji aby skupić się na czymkolwiek. Jedna wielka pustka i cierpienie. Tak jakby nic nie było ważne, jakby wszystko wokół stało się czarne jak noc, bez żadnej innej drogi, jak tylko samounicestwienie. Najchętniej w ogóle nie wychodzę z domu dopóki nie braknie mi papierosów. 
Ale bywa też inaczej i tak bywa najczęściej. Wychodzę w tego piekła, czasem po tygodniu, czasem krócej lub dłużej. Wtedy to świat jest mój. Nie potrafię chodzić tylko się unoszę. Jestem tak szybka w myśleniu i działaniu jakby mnie ktoś podłączył do prądu. Mówię szybko i dużo, śmieję się  do łez, mam ochotę na nierozsądek i szaleństwo i czasem nie kończy się na ochocie. Wychodzę do ludzi i mam potrzebę się nimi otaczania. Potrafię sama przestawić wszystkie meble w pokoju, wydać zbyt dużo pieniędzy niż mogę sobie pozwolić. Jestem zaczepna i odważna, zwariowana i wesoła. Biorę na siebie mnóstwo obowiązków, zarywam noce by je wypełnić. Lecz to bez znaczenia bo i tak nie śpię.  Bez względu na to czy coś robię czy nie, sen nie jest mi przyjazny. Mój mózg pracuje na 300 obrotach a percepcja pozwala dostrzegać najmniejszy szczegół wokół siebie. Miliony myśli jednocześnie rozsadzają mnie od środka . Mam wrażenie nieśmiertelności więc i zdolna jestem do wszystkiego.                Na wszystko mnie stać i w niczym nie widzę przeszkód. Kolory, dźwięki, barwy nigdy nie są tak intensywne jak wtedy. Wyszłam spod szklanego klosza i choć wiem ( po latach doświadczeń), że niedługo znowu do niego trafię to liczy się tylko tu i teraz. Gdy minie ta szalona mania moje ciało i umysł są tak niesamowicie wyczerpane. Wtedy najczęściej zaczynają się problemy z sercem, któro i tak z trudem sobie ze mną radzi. Są noce kiedy boję się zasnąć bo gdzieś tam w głowie mam pragnienie aby nie umrzeć we śnie, aby mieć świadomość. Stany remisji wyciszają błogo. Wreszcie zaczynam spać więcej niż 2-4 godziny. Czasem nawet 6. Regeneruję się ale zostaje wewnętrzne wypalenie. Diagnoza sprzed 10 lat postawiona przez psychiatrę nie pozostawia wątpliwości. Mam ChAD. Depresja w ChADzie robi z człowiekiem coś takiego, że czuje, jak umiera mu mózg, serce, oczy, usta i każda komórka ciała. Mania bywa równie trudna do zniesienia jak depresja. Jedna dławi, druga eksploduje. Kiedy minie, patrzy się w tył jak na zgliszcza po pożarze. Wielu ChADowców miało paskudne dzieciństwo i może tu należy szukać podłoża, że potem „zakwitło”. Rzadko natomiast udaje się stworzyć jakiś szczęśliwy związek. Człowiek sam nie rozumie co się z nim dzieje więc trudno wymagać zrozumienia i cierpliwości od drugiego człowieka. Choć jeśli już komuś się uda spotkać na swojej drodze kogoś obdarzonego dużą wyrozumiałością to jest szansa, że stany remisji mogą trwać dłużej. Oczywiście, że dostałam leki i nawet początkowo działały rewelacyjnie. Niestety, moje serce nie było tak wyrozumiałe i nie zaakceptowało żadnej odmiany litu. W przypadku stanów depresyjnych, pomagają leki na depresję.  Nie mam jednak leku na manie. Manię muszę przeczekać i modlić się by mnie nie zabiła. Bardzo trudno się o tym mówi bo wciąż każde zaburzenie psychiczne upokarza i zawstydza. Wciąż bywają mylone objawy choroby z cechami charakteru bo znacznie łatwiej kogoś oceniać niż empatycznie próbować go zrozumieć. Ja sama staram się ponad wszystko by nikt nie ucierpiał z mojego powodu i tego co się ze mną dzieje. 

Obrazek


W moim domu okna są blade

Bezwstydnie odsłaniają rzeczywistość

Kołyszących się z wiatrem nagich drzew

Ludzie chodzą ze spuszczonymi głowami

Patrząc na czubki butów gryzących chodniki

Samotność chowa się w zaułkach 

Niczym ostatni liść minionej jesieni

A krew z ostatniego promienia słońca

Spływa cicho wsiąkając w serce

Jak co roku w Nowym Roku


Są rzeczy i czynności, które lubię tylko raz w roku. Takim razem jest w Nowy Rok popijanie szampana i słuchanie trójkowego Topu wszechczasów. Przez cały rok nie piję szampana w myśl zasady, że można po lub przed ale nigdy w trakcie. Nie ma u mnie ani przed ani po. W trakcie też nie ma ale za to noworoczny szampan smakuje mi cudnie wyjątkowo i nawet bardziej niż ten pity o północy. Top trójki też mi smakuje. Dwa dni temu "młody" mnie przeegzaminował topem sprzed roku. Na setkę utworów, których fragmenty mi puszczał a ja miałam odgadnąć tytuł i wykonawcę, rozpoznałam jakieś 70 . Pozostałe 30 też były mi znajome ale upływ czasu nie jest korzystny dla pamięci. A zwłaszcza angielskich tytułów. Najbardziej cieszy mnie, że lata jakie poświęcam na muzyczną edukację mojego syna, nie idą na marne bo on sam zaczyna całkiem nieźle się orientować. Przynajmniej w tej klasyce bardzo dobrej ponadczasowej  muzyki. A pomyśleć, że kiedyś jak zabrałam go na koncert  Archive to ciągnął mnie do domu bo mu było za głośno. Mam nadzieję, że choć odrobinę tego uwrażliwienia muzycznego zostanie i zaprocentuje w przyszłości.
A dla mnie.
Jakaż to radość, że znów udało się dożyć do tych wrażeń, do tych małych smaczków życia. Jakież to subtelnie mi miłe, że mimo, iż jestem sama nie czuję się tak całkiem samotna mając takie dni. Aż chce mi się powtórzyć za Amstrongiem  -Wonderful  world.  

Każdemu życzę na ten Nowy Rok  aby można było go nazwać dobrym. Przezywając nasze dramaty abyśmy potrafili je przyjmować. By nasze słabości świadczące o naszym człowieczeństwie były naszą siłą. I aby nigdy nam nie brakowało tych małych ozdobników życia.

Kolęda


Wiem, że nie zawsze łatwo
Podejść do kogoś z opłatkiem
Czasem jest się w oddaleniu
A czasem w czyimś życia cieniu
Czasem tak nagiąć kark  trudno
Gdy ma się duszę brudną
I zdobyć się na odwagę
I wymaganą ogładę
Czasem jest się niewidomy, głuchym
Brakuje pokory i skruchy
A przecież to tylko opłatek
Jednak z tym majestatem
 Kawałek białego chleba
Traktować  należnie go  trzeba



Nasze


Kiedyś miałam okazję wyjechać na zachód z uwagi na pochodzenie mojego ojca.  Nie wyjechałam. Nie chciałam  czuć się obco w obcym kraju. Nie chciałam by ktoś kiedyś potraktował mnie jak intruza. I chyba trzeci powód, zwyczajnie nie lubię Niemców za historię. Zwisa mi to, że ktoś wykonywał rozkazy. Nie potrafię zrozumieć i na Boga, nie potrafię pogodzić się z tym co ci ludzie robili innym ludziom.  Przychodzi mi na myśl pewna książka Fleszarowej – Muskat  ‘’ Pozwólcie nam krzyczeć’’. Rzecz się dzieje w jednym z obozów pracy na terenie Niemiec , skupiającym więźniów francuskich, belgijskich i polskich. Pracują oni w fabryce wykonującej jakieś części zbrojenia, doskonale zdając sobie sprawę, że ta broń będzie użyta do zabicia ich rodaków. W  końcu nie mogąc zrobić nic innego, wysadzają most, po którym przejeżdża pociąg z bronią. Jeden z więźniów, Polak wdaje się w romans z niemiecką kobietą, której mąż jest na froncie a która uratowała mu życie po wysadzeniu mostu. Na tym nie kończy się cała historia. Jest wyzwolenie itd., itd.  Całość to tryptyk.  Druga z cyklu to ‘’Przerwa na życie’’ i o niej nie będę się rozpisywać ale ważna jest trzecia. Para więźniów, którzy po wojnie pobrali się, wraca do tego miasteczka. Jest to dla nich podróż sentymentalna po latach. Spotykają ludzi, z którymi wtedy związał ich los. Spotykają kobietę, z którą romans miał wspomniany Polak. Poznają jej syna i nie mają za grosz wątpliwości kto jest jego ojcem, podobieństwo jest uderzające. Tylko, że ten chłopak , młody ale już całkowicie dorosły ma faszystowskie przekonania. Fleszarowa niemal dała tym faktem czytelnikom w twarz i to boli. A owa para staje przed dylematem czy powiedzieć chłopakowi prawdę ? Może to go uchroni od potęgowania w sobie nienawiści do innych nacji. Nawet nie ma znaczenia jak się kończy trzecia część, czyli ‘’ Wizyta’’.  Piszę o tym w kontekście mojego wyjazdu na stałe do Niemiec, który nigdy nie miał szans dojść do skutku. Mimo tysiąca argumentów mojego męża a mieliśmy lata 80 i nie żyło się w naszym kraju łatwo. Nie jestem dumna z podjęcia takiej decyzji ale też w życiu jej nie żałowałam. Tylko, że czasy się zmieniły.  Jakież to gorzkie porównanie, że kiedyś wywożono Polaków na przymusowe roboty do Niemiec a mija raptem 50 lat i sami się tam pchają w poszukiwaniu lepszego ekonomicznie życia. Jakoś mam mniejsze skrupuły kiedy młodzi wyjeżdżają do innych krajów, do Anglii , Francji, Norwegii itd. Niech sobie będą obywatelami Europy skoro we własnym kraju nie widzą perspektyw. Niemcy jednak mnie stanowczo obrzydzają. Jeszcze bardziej brzydzi mnie trwająca wojna Polsko – Polska wykorzystująca każdą okazję. Nawet te, które powinny jednoczyć, z których wspólnie powinniśmy być dumni i znajdywać radość. Nie chce mi się tego słuchać który marsz będzie ważniejszy i czy w ogóle będzie. Straciło to cały sens. Jedyna nadzieja w młodych , tych całkiem młodych. W tym, że jak mój 15 letni syn wrócił z kina – Dywizjon 303 to powiedział – mamo miałem łzy w oczach bo byłem w tym kinie, patrząc na ten film , tak strasznie dumny, że jestem Polakiem. Kilka lat temu, chyba był w 6 klasie podstawówki zadzwonił do mnie telefon. Odbieram, przedstawia się nauczycielka historii. Akurat przerabiali wtedy II wojnę światową. Owa kobieta mówi do mnie – proszę pani dałam mu szóstkę bo nie ma większej oceny ale on ma takie wiadomości i tak potrafi o tym mówić, że cała klasa słuchała zdumiona, ma pani skarb w domu. Że skarb to ja wiem ale niezwykle przyjemnie usłyszeć to również z ust innych osób. Szkoła od dawna już nie uczy , szkoła realizuje program, przygotowuje do kolejnych egzaminów i nic poza tym. Stosunek do swojego kraju dziecko nabywa w domu i dobrze aby rodzice mieli tego świadomość zanim przy dzieciach zaczną psioczyć na swój kraj. To oczywiste, że wiele w nim nam się nie podoba  nadal żyje się ciężko choć ciężko inaczej ale jest NASZ. I choćby na świecie było milion piękniejszych miejsc to  nasze są Pieniny, nasze są Karkonosze, Bieszczady czy Roztocze. Nasz jest Kraków, Poznań i tysiące pięknych miast i miejscowości. Nie niszczmy tego w sobie byśmy mieli co przekazać naszym dzieciom i wnukom.

Smutno mi Boże



Smutno mi Boże po  każdym kogo żegnać  musiałam
Noszę w sobie tę pamięć jak nie raz  o kogoś się bałam
Mimo że piękne cmentarze roztaczają przede mną swój spokój
W ciszy swoim  wyrazie nie ukoją tych łez z moim oku

Przecież wiem o tym Boże, że każdego to kiedyś  czeka
Ale trudno zrozumieć, że już nie ma bliskiego człowieka
Zwłaszcza kiedy zbyt wcześnie, kiedy całkiem to jeszcze nie w porę
Jakbyś sprawdzać chciał nas i tę naszą przed śmiercią pokorę

Skosztowałam nie raz jak to łatwo i prosto jest odejść
Lecz wciąż to właśnie ja staję a nie nade mną stają nad grobem
Coraz puściej koło mnie i w telefonie więcej  nieczynnych  numerów
Za to więcej cmentarnych w moim życiu już teraz spacerów

Kiedyś przyjdzie mój czas, bo kiedyś wypełni się wszystko
To poczekam u drzwi byś się nie bał i aby być blisko
Aby podać Ci dłoń, pomóc przejść przez obszar  nieznany 
Bez lęku przez tę noc, w której będziesz spokojny, Kochany

____________________

4 października odeszła moja serdeczna przyjaciółka Iga, z którą los związał mnie 38 lat temu i przez te wszystkie lata nie zgubił naszej bliskości. Trwając w żałobie i niedowierzaniu nie sposób zrozumieć bezsilność.


Byle wiatr zgasił życia płomień
Tak szybko odeszłaś i tak zbyt wcześnie
Nie zdążyłam zrobić dla Ciebie azelujas serwetkę
I teraz dręczy mnie ta myśl niezdążenia
Jakbym się uczepiła jej jako jedyny powód bólu
I jakby zdążenie mogło Ciebie zatrzymać
By pustkę mogąc  wypełnić białoniebieskim kolorem
Portugalskim klimatem tak Ci ukochanym
Na który wciąż namawiałaś mnie a ja się opierałam
Wiedząc, że nie sprostam z mej fizycznej niemocy
A Ty  z troską zawsze mnie pytałaś bo to ja byłam chora
Kiedy  to Ciebie choroba okrutnie pokonała
Te nasze przegadane godziny zwłaszcza nocne
Te nasze spotkania, nawet te niedawne
Obie nie sypiałyśmy zbyt dobrze i wcale nie  zbyt długo
Obie na „łysego” patrzyłyśmy z trwogą
Dziś właśnie jest pełnia, telefon nie dzwoni
Tylko plik pocztówek z Twoich podróży
A na nich :
- Tu trochę jak w Portugalii, azulejos są wszędzie
- Z krainy pysznych serów pijąc twoje zdrowie tutejszym winem
- Całusy z zabawnej wielce Sofii
- Z krainy serpentyn, kościołów i słońca
- Całujemy mocno, zdjęć i wrażeń tysiące
Ciągle biorę je w dłonie  i czytam na nowo
Szukając Ciebie w zlepkach tych słów radosnych
W ciszy jaką zachowuje się nad grobem
Zadając sobie pytanie – dlaczego ……… ?
I niedowierzanie, że tak to się stało

Sezon na Aniołki

Do Bożego Narodzenia jeszcze dużo czasu.
 Jeszcze słońce wysoko i liście na drzewach. 
Jeszcze ptaki rano budzą mnie śpiewem. 
Ale dla mnie już pora by zacząć sezon "Boże Narodzenie"










Mama Mija - Życie mija


Jakież to niebezpieczne to oglądanie romantycznych filmów. Taka kobieta się napatrzy, nawzrusza a potem rośnie jej poziom wymagań wobec mężczyzny. Bo to dywanów z kwiatów dla niej nie układa i płatkami róż nie zdobi poduszek. Istna katastrofa. Chodzą później  ulicami te ponure matrony, tak dalece niespełnione i obrastające w tuszę. A w wyobraźni to niczym gibkie uliczne tancerki, do których należy cały świat a męski ród kładzie się pokotem u stóp. Panowie scenarzyści pojęcia nie mają jaką krzywdę robią tym nieszczęsnym kobietom. Bo życie im upływa na wiecznej ułudzie, która ani im ani ich mężom szczęścia nie przynosi. Co więcej, rośnie w nich wzgarda do tych mężów, którzy już dawno się poddali nie widząc sensu by sprostać i żyją w tym swoim świecie, a jedynie od czasu do czasu patrząc z rzadka,  na te swoje kobiety z pobłażaniem. Ulice pełne są takich ludzi z jednakowym na życie scenariuszem. A przecież można pamiętać, że film to film a życie to życie. Można. Nawet na nowo zacząć rozmawiać można i wtedy to nawet można się zdziwić jakie przemyślenia ma ta druga połowa. Bo zazwyczaj tego nie mówi. Bo po co? Żeby móc się otworzyć, mówić o swych myślach, potrzeba kogoś kto chciałaby słuchać. Kto nie powie –  ale ty głupoty gadasz, w swym przekonaniu, że przecież wie lepiej. Wystarczy raz coś takiego usłyszeć by  się już nie otwierać i nie dzielić nie widząc tego sensu. Życie przecieka przez palce a ludzie trwają obok siebie, każde w swoim świecie zamknięte. Gdzieś po drodze ‘’wspólne’’ się pogubiło. Póki jeszcze dzieci w domu to ten kierat wypełnia czas. Gorzej gdy ludzie zostaną sami bo dzieci pójdą w świat. Wtedy okazuje się jak dalece są sobie obcy. Może trochę demonizuję ale czy ten nikły procent wyjątkowości nie stanowi poświadczenia moich obserwacji? Jest jednak światełko w tunelu. Kolejne pokolenie ma w swych szeregach kobiety świadome, silne, pełne różnych zainteresowań, dorównujące w tym mężczyznom a przez to stanowiące dla nich partnerki. Takie kobiety nie dają sobie robić wody z mózgu jakimiś romantycznymi filmami. Takie kobiety same udekorują poduchy płatkami róż, jeśli będą miały taką zachciankę. Potrafią dyskutować i bronić argumentami swoich racji. Wszystko tak pięknie się zapowiada. Wreszcie będzie inaczej. Równo , partnersko, intelektualnie, z szacunkiem do drugiego. Tylko, że później one też będą miały te 50 – 60  i więcej lat. Zaczną też oglądać filmy  o miłości i porównywać do swojego obecnego życia, w którym równość, partnerstwo, intelektualizm przegra ze ‘’świętym spokojem’’, zniechęceniem i stagnacją przerywaną jedynie marzeniami o życiu jak w filmie.

Ps. Jako, że zrobił się na moim blogu niejaki ruch wywołany odwiedzinami nowych, okazjonalnych czytelników, pragnę zakomunikować. Jeśli ktoś czuje nieodpartą potrzebę zamieszczenia komentarza to oczywiście zapraszam. Informuję tylko, że okropnie źle znoszę krytykę i to nie dlatego, że uważam się za rewelacyjnie fenomenalną ale moja samoocena osiąga wtedy poziom krytyczny. Dlatego krytykujcie mnie ale na ile jest to możliwe w jakieś przyswajalnie łagodnej formie. Jest szansa, że nie zrozumiem umiejętnie zakamuflowanej krytyki. Można również ‘’dowalić’’ mi poprzez maila, którego adres jest tam, gdzie moje zdjęcie. Pozdrawiam odwiedzających.

Linia życia


Niektórzy ludzie obnoszą się z każdą niemal pierdołą wokół siebie jakby  musieli sobie, przede wszystkim sobie udowadniać jak to mają źle, jak im jest ciężko, w końcu jak bardzo potrzebują należnego im współczucia. Godzinami mogą opowiadać o swoich problemach ani razu nie zapytawszy co u rozmówcy. Zawsze uważałam, że moje życie nie jest wystarczająco ważne a moje problemy istotne aby nim obarczać kogokolwiek.  Zazwyczaj jeśli coś mówię bo czasem sytuacja tego wymaga, to ograniczam się do suchych relacji. Tyle i tyle , tak i tak. Bez mieszania w to emocji, wewnętrznych odczuć, psychicznych uniesień i upadków.  Jedynie jak mi się coś tam „rymnie” to wkładam w to emocjonalność lecz traktowaną jako swoisty  teatr.  Często też kpię ze swojego losu, wydarzeń i choroby. Wystarczająco długo plątam się po tym świecie by z pełną świadomością i wyborem móc to co moje przeżywać sama. Doskonale wiem, że tysiąc razy lepiej powiedzieć o jedno słowo za mało niż za dużo. Tym bardziej , że pewna wiedza nikomu do niczego nie jest potrzebna. Wręcz może stać się uwierającym gwoździem w bucie. Z wiekiem znacznie zmienia się cierpliwość i zachłanność. Wciąż życie smakuje , nawet bardziej ale nic już nie jest potrzebą konieczną. Nawet samo życie. Oczywiście, że fajnie by było jeszcze sobie pożyć, jeszcze się pozachwycać, jeszcze podotykać  tych ‘’aksamitów’’ ale ja się już nażyłam. Myślę, że trzyma mnie przy życiu wrodzone poczucie obowiązku by wychować ostatniego mojego ‘’ spadkobiercę’’.              By przekazać mu jak najwięcej dobrych wartości, by przygotować go na życie.  A kiedy się to już stanie to już nie będzie mi tak żal. I tak dostałam znacznie więcej niż mogłam się spodziewać.  Perspektywa uspokaja bo zupełnie się to nie zapowiadało.  Nie rozmyślam nad tym, nie czynię przygotowań  jak to robiłam przed każdą kolejną operacją. Godzę się, że co ma być to będzie ale póki sił powalczę. Jak ich braknie to się zwyczajnie poddam. Jestem wystarczająco zmęczona by chcieć odpoczynku.  Paradoksalna młodość mentalna  zamknęła się w niebywale starym organizmie, którego zewnętrzna powłoka może nie odstrasza  od czasu do czasu i w przypływie dobrych porywów ale proces wewnętrzny żyje jakby na odrębnym torze. Jedynie wrażliwość nie dała się okiełznać i jednakowo daje popalić bez względu na wiek,  ciężar mądrości życiowej  i chorobę. Zresztą mam wrażenie, że to choroba najbardziej do tej mądrości się przyczyniła.  Przynajmniej bardziej niż wiek. Nie mówię tu, że nie popełniam błędów  bo popełniam ich w cholerę ale teraz na niektóre błędy też patrzę zupełnie inaczej. A już z pewnością wiem, że niewiele wartych jest naprawienia. Gdybym mogła zmienić przeszłość? Być może coś uległoby zmianie ale z drugiej strony. Po co ? Widocznie tak miało być, od początku do końca. Od pierwszego dnia, przez to wszystko co zrobiła mi moja matka. Przez to kim stałam się i jak żyłam. Tak miało być i nie warto żałować.  Przecież nikt z własnej woli nie chce cierpieć ale wieczne rozpamiętywanie przeszłości nikomu nic dobrego nie przyniosło.  Trzeba mieć naprawdę bardzo dobry powód by na pytanie „po co?” , trwać w jakimś przekonaniu, że warto. Czasem bardziej warto interesować się losem innych ludzi, doceniać twórców  maści wszelkiej, poszerzać horyzonty ponad swoją własną zaściankowość , nie wyrażać opinii o innych bo nikt nam do nich prawa nie dał, akceptować to, że każdy ma prawo żyć jak chce. To czym się chcemy otaczać jest dobrodziejstwem wyboru.  Nie oglądam żadnych wiadomości, poza może sportowymi. Nie znam nazwisk wszystkich ministrów i zupełnie do niczego nie jest mi to potrzebne.              W zamian znaczniej chętniej wolę poczytać poezję,  obejrzeć film, czy zwyczajnie pogapić się w niebo. Przecież większość mojego pokolenia to ludzie rozczarowani. Świadkowie wydarzeń stanu wojennego,  cieszący się z wolności 1989 roku , aż w końcu uczestnicy  narastającego w nich rozczarowania tym , co z tą wolnością uczyniono.  Nie chcę o tym już wiedzieć, brzydzi mnie to i niestety smuci. Jestem już na to za stara, za chora , za słaba a nie znoszę wiecznego narzekania z pozycji obserwatora. Natomiast coraz bliżej mi do wartości Boga i choć patrzę na wiele aspektów jeszcze z dystansem, czuję jak z każdym rokiem traci on swą miarę.  Prawie nie mam próśb ale za to mam za co dziękować. Życie w moim przypadku nie zawsze jest rzeczą ludzką. Pozostaje mi je zatem uznać za Boski cud.        Mam tylko nadzieję, że nie grzeszę zbyt mocno pychą posuwając się ku takiemu stwierdzeniu.  Jednakże z owego cudu mojego życia korzystam zgodnie z prawem sumienia.  I jeśli mi dane to biorę pokornie nim stanę się energią, niebytem lub bytem jakimś , zlepkiem pamięci po sobie zostałym.

Carpe diem


Kiedy my się nauczymy cenić chwile i ich nie tracić.  Kiedy uświadomimy sobie jak bardzo mało mamy czasu. Wciąż mówimy – musimy kiedyś umówić się, pogadać. I odwlekamy bo czasu nie ma albo sprzyjających okoliczności a nawet okazji. Miesiąc za miesiącem , rok za rokiem i wszystko jest na KIEDYŚ. A potem mówimy – tak chciałem się z nim spotkać, napić, pośmiać, cokolwiek.  Tylko, że człowieka już nie ma. Nie zdążyliśmy.  Umarł w przeciągu kilku miesięcy choroby i nic tego wcześniej nie zapowiadało.  Pozostaje nam tylko pamięć i cholerny żal, że tak zwlekaliśmy. Nigdy tak jak teraz Carpe diem nie nabiera takiego wyraźnego koloru.  Wręcz razi po oczach swą jaskrawością a my co ?  Ciągle jesteśmy ślepi a  kolejny kolega czy koleżanka gryzie ziemię. Robi się coraz więcej pustych miejsc wokół.       Czy to kosztuje aż tak wiele wysiłku ? Czy może przez zwykłe lenistwo marnujemy tak wiele szans ? A może jesteśmy tak zamknięci w sobie a nawet tak zarozumiali, że nie dociera do nas jeszcze kruchość życia.
W drugą rocznicę śmierci  pamiętamy i tak strasznie tęsknimy.

Pieśń Horacego sprzed 2000 lat wciąż tak głębokie ma znaczenie

Nie pytaj próżno, bo nikt się nie dowie,
Jaki nam koniec gotują bogowie,
I babilońskich nie pytaj wróżbiarzy.
Lepiej tak przyjąć wszystko, jak się zdarzy.
A czy z rozkazu Jowisza ta zima,
Co teraz wichrem wełny morskie wzdyma,
Będzie ostatnia, czy też nam przysporzy
Lat jeszcze kilka tajny wyrok boży,
Nie troszcz się o to i… klaruj swe wina.
Mknie rok za rokiem, jak jedna godzina.
Więc łap dzień każdy, a nie wierz ni trochę
W złudnej przyszłości obietnice płoche.

Atak serca


Jest taka w cierpieniu granica cienka
Kiedy się walczy  i kiedy poddaje
Tylko oręż strachu  jest tak wielka
Gdy  tylko ból fizyczny zostaje

Gdy moje serce całe obolałe
Mozolnie rytmu pozbawione tłoczy
Dreszcz wstrząsa moim ciałem całym
Strach zagląda wtedy prosto w oczy

I wzywam Boga, Anioła i Ducha
Naprzeciw poddaniu i w walce pomocy
Bo przecież wierzę , że znowu wysłucha
I nie na darmo znów cierpię tej nocy

By moją morfiną w tej wierze
Były kolejne mijane minuty
Kiedy zwinięta w mym bólu leże
I kiedy odliczam czas mojej  pokuty

Philip Roth


Kilka lat temu wpadła mi w ręce jedna z książek Philipa Rotha „Konające zwierzę”. Na tyle mną wstrząsnęła, że potem jakby serią przeczytałam kolejne jego dziesięć książek.  Ale zatrzymam się chwilę na Konającym … Wszyscy znamy historie miłosne, głównie te literackie ale ta jest wyjątkowo niebanalna choć banalnie się zaczyna. Profesor literatury , wykładowca uniwersytecki, w wieku dobrze po 60, zaczyna się spotykać ze swoją studentką, która ma ledwie 24 lata. Taka różnica wieku dla wielu ludzi jest bulwersująca ale psychologiczny aspekt zagadnienia ma dość zręczne uzasadnienie. Otóż młoda kobieta, szczera  i wciąż jeszcze naiwna, jaką była Consuela, ma nad starszym partnerem pewną władzę ale jednocześnie bardzo wiele się od niego uczy. Starszy mężczyzna w tej sytuacji ma być może ostatnią szansę poczuć się młodo i atrakcyjnie. Fascynuje go jej poziom intelektualny, wrażliwość ale przede wszystkim, jej młode ciało. A dziewczyna zbudowana jest idealnie, niemal jak symbol piękna i proporcji. Poza  jednak faktem tego romansu on kształtuje ją jednocześnie czerpiąc z jej młodości i świeżego spojrzenia. Rodzi się w nim uczucie, które od dawna odrzucił w sobie, rodzi się w nim zazdrość i niepogodzenie.  I w tym miejscu kończy się banał. Dziewczyna odchodzi, znika. Pomijam jego reakcję bo nie ma tu znaczenia. Ważne jest to co stanie się gdy ona znów się pojawi. Gdy zapuka do jego drzwi po kilku latach. Latach jej walki o życie, o pokonanie raka. Idealny symbol piękna oszpecony mastektomią. Opowiada mu o tym co przeżyła i w tym  momencie to nie on jest stary, nie on jest obarczony tym cierpieniem,  które czyni z nas mądrych życiowo, a przed którym staramy się bronić. To ona umiera będąc młodą , piękną, inteligentną i pozornie mającą życie przed sobą. A ten „staruch” nie może nic z tym zrobić.   Nie może poświęcić swojego życia by uratować jej. Roth napisał tę książkę, zresztą jak wszystkie inne, bardzo śmiało. Sceny erotyczne pobudzają wyobraźnie a smutne smucą.  Niemal  tuż po napisaniu książki na jej podstawie nakręcono  film „Elegia” z Penelope Cruze w roli Consueli  i jak na film jest całkiem niezły. 
Z innych książek Rotha to najbardziej znany Kompleks Portnoya  a ja jeszcze lubię całkiem śmiały i zabawny Dyplom z pożądania.  Roth pisał swoje książki w niezwykle inteligetnym stylu, z poczuciem humoru i odwaga poruszania kontrowersyjnych tematów.
Tak mi  się jakoś przypomniało bo dziś przeczytałam wiadomość o śmierci autora.

Ścieżki rozwoju


W książce „ Manifest przebudzonego człowieka” przeczytałam:

"Gdy wszedłem na drogę rozwoju świadomości, stało się to moją obsesją.
Chciałem wiedzieć więcej i więcej.
Chciałem wiedzieć wszystko.
Pogłębiałem swoją wiedzę, czytając coraz to nowe książki i oglądając filmy dokumentalne.
Bardzo często do tego wszystkiego paliłem marihuanę, która sprawiała, że nie tyle zdobywałem wiedzę, ile zrozumienie.
Wiedza jest ulotna, zrozumienie natomiast zostaje już na stałe.”

Większość po tym wstępie z pewnością przyczepi się do marihuany ale nie w tym rzecz. Pomińcie narkotyczną stronę zioła, zamieńcie ją na przykład na kawę, która również pobudza i złapcie sens tego stanu umysłu.

Upraszczając. Zdobywamy wiedzę, czerpiemy informację , chłoniemy jak gąbka coraz więcej i więcej ale w momencie kiedy uda nam się osiągnąć zrozumienie ta wiedza staje się zbędna. Z drugiej strony czy można zrozumieć cokolwiek bez wiedzy o tym ? Wiedza bez zrozumienia jej staje się nic nie warta ale też niemądre wykorzystanie zrozumiałej wiedzy nie ma wartości.
Podświadomie boimy się tego czego nie znamy. Nowe przeraża bo nie znamy siebie samych. Jedynie tyle ile nas sprawdzono.  Ale czy obawy i lęki niejednemu uratowały życie ? Trudno zaprzeczyć. Czy do tego potrzebna jest wiedza ? Często kierujemy się intuicją. Zdolność przywidywania odróżnia nas od innych gatunków, które radzą sobie wcale nie gorzej kierując się instynktem. Wieki cywilizacji pozbawiły nas instynktu bo naszym instynktem są teraz aplikacje w telefonie. Dobrowolnie rezygnujemy z największego dla człowieka przywileju. Przywileju samodzielnego myślenia dającego prawdziwą wolność. Z lenistwa , wygodnictwa, braku zrozumienia. Jedyne co możemy zmienić to siebie samych i przez to najbliższą nam cząstkę świata. Nie pozwólmy sobie tylko wiecznie robić sieczki z mózgu tym wszystkim "notablom", którym wydaje się, że stanowisko , władza, możliwości i tytuły, upoważnia  do takich na nas "operacyjnych " działań.


Silent Hill


Mówiłeś na mnie silent hill
A ja, że  wzgórza mają oczy
Dziwnie się splotły nasze sny 
Przyszłość ku wzgórzom kroczy

Mówiłeś do mnie silent hill
Ja przymykałam oczy
Śmiałeś się wtedy jak to Ty
A wieczór już się mroczył

I cichły już wierzchołki wzgórz
źrenice wciąż wymowne
Śmiech się zamieniał w czuły szept
I bledły myśli mądre

Gdy dłoń do dłoni drogi swej
Odnaleźć tylko pragnie
Pewność mam ja i Ty ją miej
Że silent hill upadnie