A nadto


Czy zdążymy tej wiosny zakochać się w kwiatach

W tym ciągłym zapatrzeniu na pierzaste chmury

Czy zdążymy tej wiosny zakochać się w sobie

Czy dotkniemy swych dłoni w tym życia zaułku

Czy ta wiosna przyniesie promyk słońca a po nim

Zieleń traw, zapach bzów i smak wczesnych poziomek

 By idąc drogą przed siebie bez obranego celu

Czuć powiew ciepłego wiatru całującego uśmiechy

 I jeszcze raz uwierzyć w siebie

Czy ta wiosna dostrzeże nasze skołatane serca

Czy pozwoli ich rytmom uspokoić  bieg szybki

A dołeczki w policzkach czy rozczulą uważne oczy

Pochylające się nad każdą człowieczą słabością

A nadto

Czy ta wiosna opieką nas swoją otuli

Z powodu miłości do kwiatów, miłości do ludzi

Moje życie nie należy do mnie


Nasze życie nie należy do nas. Odkąd mamy dzieci odpowiedzialność za nie powoduje, że nasze życie należy do nich. I to jest właściwe bo gdy ktoś zapragnie swoje życie przeznaczać dla siebie to zazwyczaj nie kończy się to dobrze. Czy to jest poświęcenie się większe niż zwyczajowo pracy, czy skupianie się na budowaniu swojego szczęścia z być może innym partnerem, czy też spełnianie swoich pasji z całym temu oddaniem. Wcześniej czy później brak kontroli, poświęcanego czasu lub zwyczajnej rozmowy, musi się zemścić. Latami nasze życie należy do naszych dzieci i cały nasz świat skupiony jest właśnie na nich. Ciągłe wpajanie zasad, wartości, nakład na wykształcenie i dobre pokierowanie na przyszłość to są priorytety każdego rodzica. Czy odzyskamy nasze życie kiedy dzieci dorosną? Teoretycznie tak powinno być o ile nasze dzieci, które zabrały nam nasze życie, nie obarczą nas naszymi wnukami. Oczywiście nie ze złej woli, bo przecież one też poprzez posiadanie dzieci, straciły swoje życie. To wszystko może nawet dawać spełnienie i nazywać się szczęściem gdyby nie to, że nasze życie należy również do przekornego losu. Choćby tak jak teraz, kiedy cały świat wstrzymuje oddech w niedowierzaniu, strachu o najbliższych, siebie i losy świata. I choćby nam się wydawało, że trzymamy swój los w swoich rękach, jest to tylko złudzenie bo wystarczy głupi przypadek aby całkowicie zmienił się pogląd na to przekonanie. Człowiekowi do życia potrzebne jest poczucie bezpieczeństwa a kiedy jest zachwiane trudno nam sobie z tym poradzić. Jako osoba, z tej grupy wysokiego ryzyka, również jak inni nie wychodzę z domu. Właściwie nie wychodzę z domu na długo nim to się zaczęło, bo w styczniu zachorowały mi końcówki nerwów, w lutym, płuca a w marcu to, wiadomo. Zaczynam psychicznie mieć z tym problem. A przede wszystkim czuję, że moje życie jeszcze bardziej niż zwykle, nie należy do mnie. O i ile pragnąc być matką godziłam się na „stratę” swojego życia świadomie, dobrowolnie i z rozkoszą , tak teraz nie ma na to mojej dobrej woli bo jest narastająca wola normalności i spokoju.  I do tego. Podobno jest wiosna. Najsmutniejsza w moim życiu. 

Czarna sukienka


Czarna sukienka w mojej szafie

Oczekuje swojej chwili

Jakiś człowiek dotyka materiału

Przeźroczystość, domyślność, rozczarowanie

Coraz więcej czarnych sukienek

Niedosyt wypełnieniem duszy

Coraz częściej płacz nad ludźmi

Kruche serce na popiół się kruszy

Stado ptaków przylatuje nas ranem

Karmią się okruchami moich snów

Bez wdzięczności czarnych skrzydeł

Poszukują swego miejsca by  znów

Moje ciało było mapą stworzoną do

Pieszych wędrówek Twoich dłoni

Gdy pozbawisz mnie czarnej sukienki

Kolejnej z mojej szafy

Moja Babcia


Moja Babcia miała na imię Maria. Widziałam ją może trzy razy w życiu, chociaż umarła mając 95 lat, kiedy ja miałam 22.  Znałam więc  ją jedynie z opowiadań mojej mamy, które los babci kreśliły raczej dramatycznie. 
Otóż to było tak. Mieszkali na kresach, w okolicach Sanoka, w bliskim sąsiedztwie Bieszczad. Jak ktoś zna te okolice to wie, że do dziś życie tam jest jakby cięższe, siermiężne i trudne. Dziadek Józef (swoista biblijna analogia Mari i Józefa) umarł na zapalenie płuc na rok przed wojną zostawiając babcię z czwórką małych dzieci i piątym w drodze. Najstarsze wtedy miało 13 lat. Czasy wojenne to był głód, choroby, wszy, niesamowita bieda, ciągłe ukrywanie się. Niemcy przechodzili przez tę wieś wiele razy. Mama zapamiętała psy owczarki, z którymi Niemcy wchodzili do domów szukając ludzi zdolnych do wywiezienia na roboty. Chowali się po piwnicach i u rodziny w sąsiedniej wsi. Jednak kiedyś dwoje najstarszych zostało zabranych i przewiezionych do Krakowa, gdzie mieścił się jakiś punkt przesiadkowy do pociągów zmierzających do Niemiec. Moja ciotka pomimo ogromnego strachu przed tym co ją i jej brata czeka, wykazała się niebywałym sprytem udając chorobę i to samo nakazała młodszemu bratu. Dało to skutek i zostali wypuszczeni bo chorych Niemcy nie potrzebowali. Inna z moich ciotek, mająca wtedy jakieś 11 lat, wyszła kiedyś zaczerpnąć ze studni wody. Nawet się nie spostrzegła jak złapana za fraki zawisła nad studnią. Nie słyszała kiedy Niemcy weszli na podwórko i jeden z nich podszedł do niej z tyłu. Jakim cudem on ją puścił tego nie wiem ale podobno później zostawił tabliczkę czekolady. Natomiast moja mama, która miała 8 lat gdy zaczęła się wojna, służyła u księdza. Koniec wojny i czasy powojenne to był okres kiedy różne bandy kryły się w tamtych okolicach. Rabowali, choć nie było już co tam rabować. W domu była jedna para butów więc jeden z rodziny mógł chodzić do szkoły. A jednak wszystkie dzieci umiały pisać, czytać i liczyć. To, że przeżyli wojnę i ten koszmarny czas po niej to wyłącznie zasługa Babci. Trudno sobie to teraz wyobrazić jakich starań musiała dołożyć ta biedna samotna kobieta obarczona tak dużą odpowiedzialnością. Do końca życia mieszkała ze swoją najmłodszą córką i jej rodziną, która bardzo dbała by Babci niczego nie brakowało. Kiedy ja tam przyjeżdżałam jako nastolatka Babcia nie wiedziała kim jestem. Zaawansowana demencja nie pozwalała jej już tego zapamiętać, mimo tłumaczeń i przypomnień. Na pogrzeb Babci nie mogłam pojechać bo moja mama wymagała wtedy opieki po skomplikowanym złamaniu nogi i  grób Babci odwiedziłam dopiero wiele lat później. Jedyna moja Babcia, którą w ogóle znałam nie znając wcale. Obaj moi dziadkowie i druga babcia zmarli przed moim urodzeniem. Trochę ponad miesiąc temu zmarła ostatnia Babcia moich dzieci i już też nie mają żadnej Babci. Człowiek jest uboższy kiedy nie zazna babcinej miłości.  Tak strasznie mi tego całe życie brakowało.

Koniec dekady


Koniec 2019 to również koniec dekady. Dekady tak kiepskiej niemal w każdej dziedzinie, że obawiam się, iż nie warto jej będzie wspominać. Mas media już bez żadnych skrupułów stanowią jedynie narzędzie do prania mózgu i ogłupiania.  Muzyka sprowadziła się do kultu jedynie Zenka Martyniuka. Kinematografia nie zachwyciła żadnym znaczącym dziełem, zmierzając w stronę bylejakości. A wreszcie polityka. Ta dopiero odniosła "sukces" skłócając, dzieląc i ukazując obraz intelektualnej i kulturalnej nędzy.                                 

Przez ostatnie 10 lat wciąż tęskniliśmy za dawnymi czasami. Czasami, kiedy ludzie spotykali się, odwiedzali bez zapowiedzi, potrafili bawić się i cieszyć drobiazgami, szanowali swoje ciała i umysły. Kiedy ludzie zamiast telewizyjnej i internetowej sieczki, mającej na celu kontrolowanie naszych umysłów, mieli własne zdanie i potrafili z szacunkiem je obronić. Nie było tak bogato ale my sami byliśmy jacyś lepsi.                                                                                

Podczas tych 10 lat moje życie zmieniło się całkowicie. Wyznaczałam sobie cele i dążyłam do ich realizacji. Nie wszystko mi się udało, może nawet niewiele ale jak w tym powiedzeniu – jest ch…wo  czyli długo oczekiwana stabilizacja. Nie zliczę moich upadków mniej lub bardziej bolesnych. Liczę moje sukcesy, bo po prostu łatwiej mi je policzyć. I choć jestem bardzo okaleczona i moje serce jest pełne blizn, nie mogę nazwać tego czasu straconym. Ostatni rok był dość smutnym rokiem. Ten smutek wynikał ze mnie samej. Być może z wiekiem coraz trudniej ukryć swoją prawdziwą naturę. A może po prostu nie chce się już nic ukrywać.

Życzę Wam aby w Waszym życiu zawsze był ktoś, przy kim nie będzie potrzeby ukrywania nawet smutku. Kto poda lampkę wina lub szklankę herbaty i w razie potrzeby pogłaska po głowie.

I za Asnykiem

„Słyszycie! Północ już bije,
Rok stary w mgły się rozwiewa,
Jak sen przepada...
Krzyczmy: Rok nowy niech żyje!
I rwijmy z przyszłości drzewa
Owoc, co wiecznie dojrzewa,
A nie opada…”

Kolęda






Zawsze wzrusza mnie opłatka łamanie

Ukradkiem ocieram łzę kiedy to się stanie

Myślę z kim jeszcze dzieliłabym ten kawałek chleba

Niecodzienny, odświętny, jakby prosto z nieba

Kruchy jak życie, jak miłość, jak przyjaźń, jak oczekiwanie

Jak Dziecię bezbronne zrodzone na sianie

Ale tak wymowne powiek oczu drżeniem

Jak w tym dniu jedynym bywa wybaczenie

Bo w sercu się rodzi tajemnica wielka

Że sensem życia jest ta mała „Perełka”

I choć czasem trudno wyrazić w prostym słowie

To co serce czuje, co skrywa się w sobie

Lecz  wraz z postacią opłatka białego

Składam życzenia – wszystkiego dobrego

By zdrowia łask nie szczędził dobry  los

By w codzienności dnia omijał każdy cios

By uśmiech rozpromieniał najsmutniejsze  twarze

By chciało się wracać do swych dawnych  marzeń

Oraz by po prostu  z dziecięcą radością

Dzielić się  z ludźmi  prawdziwą miłością

Taka jesień


Nic tak nie daje odczuć zadumy  przemijania

Jak ta jesień co nagim drzewem się mi kłania

I stosy liści na ścieżce mieniące się  kolorem

Szeleszczą jakby chciały by myśli biegły takim torem

Te najgłębiej schowane nawet przed samą sobą

O tym, że  serce od dawna okryło się żałobą

O tym,  że nadzieja nie ma uzasadnienia

I trzeba zrezygnować i nie wierzyć już w złudzenia

Kasztan wrzucony do  kieszeni dodaje otuchy

Lecz nie Ty bo na mnie  jesteś ślepy i głuchy

I prawda w tym jest oczywista

Twoje ramiona to nie moja przystań

Bo jestem jak to nagie drzewo, które się liści swych pozbyło

Samotne, dumne chociaż biedne i nie znające co to miłość

Poprzez życia niełatwą codzienność, przez moją bezsenność

Mego serca szaloną odmienność.

Lekarka


Przez ponad 17  lat, odkąd moje serce nie wytrzymało po raz pierwszy i przez wszystkie kolejne razy następujące jako konsekwencja razu pierwszego, spotkałam na swej drodze całe rzesze lekarzy. Lekarzy przez duże L, którym zawdzięczam życie. Ale też lekarzy, którzy , jak ja to mówię, pełnili swoją funkcję jakby byli z łapanki. Zawsze żartowałam, że stu z nich już próbowało mnie zabić ale się nie dałam. I nie do końca jest to żart bo jak nazwać lekarza, który odmawia mi powtórnej operacji a po kilku miesiącach okazuje się, że gdyby się wtedy odbyła całkowicie inaczej przebiegałoby teraz moje życie.  I tak się odbyła tylko, że w szerszym zakresie, w większym stresie i okrutnej niepewności powodzenia bo już na skraju życia. Jak wytłumaczyć lekarza, który z arogancją mówi mi, że się nie znam bo przecież nie skończyłam medycyny. Aż w końcu jak wytłumaczyć takiego, który przetyka mi tętnicę podczas zawału i wypuszcza w rzekomo dobrym stanie do domu a za tydzień trafiam z jeszcze większym i rozleglejszym zawałem, z którym wyszłam do domu ze szpitala. Byli też cudowni lekarze.  Z doświadczenia wiem, że im tytuł o większym znaczeniu tym większa pokora i szacunek dla pacjenta. Profesor, który mówi po miesiącu po operacji, że trzymał w rękach moje serce i to coś znaczy. To szpitalni ale są też inni, lekarze rodzinni, specjaliści, których odwiedzam regularnie. Z kilkoma się zaprzyjaźniłam, z innymi jest to tylko sucha wizyta. Z rozczuleniem wspominam doktor Renatę, która modliła się za mnie, gdy byłam operowana. Była jak przyjaciel rodziny.  I kochaną Justynę, która jak do niej przychodziłam to mówiła, że teraz już będzie miała dobry dzień. Obie odeszły w inne miejsce ale nadal mam kontakt.   I tu chciałabym wspomnieć moją doktor diabetolog. Kobieta przyjaciółka. Kobieta dobry, doświadczony lekarz ale też i człowiek. Rozmowa z nią była jak z zaprzyjaźnioną sąsiadką i miało się wrażenie jakbyśmy się znały od wieków. Kobieta, która wylała kiedyś na biurko z kartami pacjentów, swój zielony koktajl. Odkąd do niej chodziłam zawsze miała ten koktajl na biurku. Śmiałyśmy się sprzątając ten cały bajzel. Nie obawiałam się jej przyznać, że „grzeszę” bo na każdy mój grzech miała doskonałe usprawiedliwienie. Na przykład jak mówiłam, że nie mogę oprzeć się czereśniom to ona zaraz wytoczyła argumenty jak czereśnie zbawiennie wpływają na zatrzymanie procesu starzenia a przecież są krótko.  Była raptem kilka lat ode mnie starsza. Jak mówiłam jej o  swoim chorym sercu to ona mówiła mi o swoim chorym sercu. Miała tę samą wadę zastawki co ja. Namawiałam ją na operację, dałam prywatne namiary do profesora. I wtedy widziałam ją po raz ostatni. Zdecydowała się ale trzy dni po operacji umarła. Kolejna śmierć w moim otoczeniu, która zabolała.
Dziś mija pierwsza rocznica śmierci mojej przyjaciółki. To też była lekarka. Lekarka duszy. 

Tęsknie

To było lato

To było bardzo samotne lato ...
a samotność to ptak, który je mi z ręki
i dziobie zawsze, gdy boi się mojego pustego spojrzenia

Kocham lato


Za co kocham lato?  
Pierwsza myśl. Za owoce. W chwili,  kiedy pojawiają się truskawki, te nasze, słodkie i pachnące, dla mnie zaczyna się lato. Jestem maniaczką truskawkową i gdyby nie to, że muszę ograniczać z uwagi na zawartość cukru, nie ograniczałabym sobie ich wcale. Jestem dowodem jakie w człowieku dochodzą paradoksalne zmiany. Przez ponad 40 lata swojego życia nie jadłam wcale żadnych owoców. Wykrzywiało mnie na sam ich widok a zjedzenie choćby jabłka było dla mnie nie do przyjęcia. Później owe jabłka zaczęłam jadać po jednym dwa razy w roku. Teraz mogę, a może bardziej chcę niż mogę, jeść codziennie. Natomiast te sezonowe, pachnące latem i tylko wtedy po prostu kocham. Czy to nie wpływ uczucia przemijania? Przecież wiadomo, że lato nie trwa wiecznie a z nim odejdą truskawki, czereśnie, agrest, porzeczki i maliny. To budzi tęsknotę nawet za tym co jeszcze trwa. I nie mogę zapomnieć też o warzywach. Mieszkam w takim miejscu, gdzie mam usytuowany jest najlepszy targ w mieście. Kiedy tam wchodzę o tej porze roku to już na „progu” witają mnie te wszystkie zapachy. W żadnym sklepie, ani markecie hipersuper, ani w osiedlowym, nie ma tak świeżego towaru i tak tą świeżością pachnącego. Kocham lato za młode ziemniaki z koperkiem, młodą kapustę, fasolkę a przede wszystkim za pomidory. Pomidory to warzywo, którym mogłabym się odżywiać na wyłączność. I kolejna rzecz, której przez 40 lat życia nie tolerowałam a teraz, ech … Kocham lato za lody. Lody są cały rok ale tylko w lecie smakują wyjątkowo. Ich oczywiście jeść w ogóle nie powinnam. Tak jak bułeczek jagodzianek, ciasta z truskawkami lub japońskiego deseru z frużeliną z wiśni. I jeszcze wiśniówkę, którą kiedyś robiłam później smakując w ciepłe wieczory. Za te wieczory a zwłaszcza noce, ciepłe i krótkie, rozgwieżdżone, też kocham lato. Kiedy z lampką lekkiego wina można usiąść na balkonie i gapić się w niebo nie śpiesząc do snu. Nie kocham jednak lata za upały. Ograniczają mnie bo staram się nie wychodzić z domu kiedy jest powyżej 30 stopni. Ciężko mi się oddycha, moje serce wtedy z trudem pompuje i mam wrażenie, że odczuwam każdą kroplę krwi, która się przez nie toczy. Nie mogę kochać również za słońce. Od kilku lat reakcja moich leków ze słońcem spowodowała alergię objawiającą się potwornymi wysypkami, które zostawiają po sobie ślady. 
Tak to jednak jest, że aby mieć to wszystko za co kocham lato musi być to wszystko za co je nie kocham. Nic nie dojrzeje i nie urośnie bez słońca. Żadna noc nie będzie ciepła po zimnym dniu. 

Czy nie ze wszystkim tak jest w życiu ?

Zamiast


...Odgonić ciężkie myśli by lekko sobie  wyśnić

Na przekór grawitacji, bez żadnej zdania racji

Upić się jak winem tym wspomnieniem miłym

Skoczyć w przepaść marzeń, złudnych wydarzeń

I nie budzić się wcale gdy zbyt ciężko żyć dalej...

Na Święta


W koszyczku jest posiana rzeżucha ale trochę niemrawo się w_z_rusza i ledwie dopiero kiełkuje
Za to po świętach będzie w sam raz zapewne, na kanapki.
Niech te Święta nie będą tylko smaczne poprzez białą kiełbasę, mięsiwa i baby.
Niech będą smaczne towarzystwem, czułością i wzruszeniami.
Niech przyniosą nadzieję, tym, którzy ją potrzebują i spokój, tym, którym na co dzień go brakuje.
I niech to wszystko zostanie również po Świętach.

Biegun


Nie pamiętam kiedy to się zaczęło. Pierwszą próbę samobójczą miałam w wieku 16 lat więc  chyba zaczęło się to u mnie od depresji. Kolejne próby, kolejne odratowania, znieczulania się lekami, okaleczeniami. Dusza bolała tak okropnie, że tylko łagodziło to w jakimś małym stopniu, okaleczanie swojego ciała. Ale tak to się zaczęło. I wcale to nie oznacza, że chciałam umrzeć. Przynajmniej nie przez cały czas, chciałam. Chciałam żyć ale żeby tak strasznie nie bolało. Potem były jakieś stany euforyczne, niosące nawet pewną nadzieję. Zachowywałam się jak szalona, jakby „jutra” miało nie być  i chyba tylko Bogu mogę dziękować, że do dziś nie ponoszę  tego konsekwencji. Lata całe i znów nie pamiętam wszystkiego, co się działo z moim umysłem, z moim ciałem i kiedy zaczęłam domyślać się powodów takiego stanu. Zdarzały mi się noce, które stojąc przy otwartym oknie, do bólu palców, trzymałam się parapetu, żeby tylko nie skoczyć. Równie mocno trzymałam się myśli, że mam dzieci, że jestem im potrzebna, że nie mogę, nie mogę, nie mogę. Nad ranem padałam wyczerpana i wcale nie czułam się zwycięzcą. Dotąd omijam okna a balkon mam zabudowany w strachu przed wciągającą mnie przestrzenią. Ile razy stojąc na krawężniku przy ulicy i widząc nadjeżdżającą ciężarówkę, walczę ze sobą by nie zrobić tego jednego kroku. Wiele razy też nie mam siły na podjęcie jakichkolwiek działań. Bolą czubki palców i końcówki włosów, boli wszystko. Nie śpię, nie odnajduję w sobie nawet fragmentarycznej wartości percepcji aby skupić się na czymkolwiek. Jedna wielka pustka i cierpienie. Tak jakby nic nie było ważne, jakby wszystko wokół stało się czarne jak noc, bez żadnej innej drogi, jak tylko samounicestwienie. Najchętniej w ogóle nie wychodzę z domu dopóki nie braknie mi papierosów. 
Ale bywa też inaczej i tak bywa najczęściej. Wychodzę w tego piekła, czasem po tygodniu, czasem krócej lub dłużej. Wtedy to świat jest mój. Nie potrafię chodzić tylko się unoszę. Jestem tak szybka w myśleniu i działaniu jakby mnie ktoś podłączył do prądu. Mówię szybko i dużo, śmieję się  do łez, mam ochotę na nierozsądek i szaleństwo i czasem nie kończy się na ochocie. Wychodzę do ludzi i mam potrzebę się nimi otaczania. Potrafię sama przestawić wszystkie meble w pokoju, wydać zbyt dużo pieniędzy niż mogę sobie pozwolić. Jestem zaczepna i odważna, zwariowana i wesoła. Biorę na siebie mnóstwo obowiązków, zarywam noce by je wypełnić. Lecz to bez znaczenia bo i tak nie śpię.  Bez względu na to czy coś robię czy nie, sen nie jest mi przyjazny. Mój mózg pracuje na 300 obrotach a percepcja pozwala dostrzegać najmniejszy szczegół wokół siebie. Miliony myśli jednocześnie rozsadzają mnie od środka . Mam wrażenie nieśmiertelności więc i zdolna jestem do wszystkiego.                Na wszystko mnie stać i w niczym nie widzę przeszkód. Kolory, dźwięki, barwy nigdy nie są tak intensywne jak wtedy. Wyszłam spod szklanego klosza i choć wiem ( po latach doświadczeń), że niedługo znowu do niego trafię to liczy się tylko tu i teraz. Gdy minie ta szalona mania moje ciało i umysł są tak niesamowicie wyczerpane. Wtedy najczęściej zaczynają się problemy z sercem, któro i tak z trudem sobie ze mną radzi. Są noce kiedy boję się zasnąć bo gdzieś tam w głowie mam pragnienie aby nie umrzeć we śnie, aby mieć świadomość. Stany remisji wyciszają błogo. Wreszcie zaczynam spać więcej niż 2-4 godziny. Czasem nawet 6. Regeneruję się ale zostaje wewnętrzne wypalenie. Diagnoza sprzed 10 lat postawiona przez psychiatrę nie pozostawia wątpliwości. Mam ChAD. Depresja w ChADzie robi z człowiekiem coś takiego, że czuje, jak umiera mu mózg, serce, oczy, usta i każda komórka ciała. Mania bywa równie trudna do zniesienia jak depresja. Jedna dławi, druga eksploduje. Kiedy minie, patrzy się w tył jak na zgliszcza po pożarze. Wielu ChADowców miało paskudne dzieciństwo i może tu należy szukać podłoża, że potem „zakwitło”. Rzadko natomiast udaje się stworzyć jakiś szczęśliwy związek. Człowiek sam nie rozumie co się z nim dzieje więc trudno wymagać zrozumienia i cierpliwości od drugiego człowieka. Choć jeśli już komuś się uda spotkać na swojej drodze kogoś obdarzonego dużą wyrozumiałością to jest szansa, że stany remisji mogą trwać dłużej. Oczywiście, że dostałam leki i nawet początkowo działały rewelacyjnie. Niestety, moje serce nie było tak wyrozumiałe i nie zaakceptowało żadnej odmiany litu. W przypadku stanów depresyjnych, pomagają leki na depresję.  Nie mam jednak leku na manie. Manię muszę przeczekać i modlić się by mnie nie zabiła. Bardzo trudno się o tym mówi bo wciąż każde zaburzenie psychiczne upokarza i zawstydza. Wciąż bywają mylone objawy choroby z cechami charakteru bo znacznie łatwiej kogoś oceniać niż empatycznie próbować go zrozumieć. Ja sama staram się ponad wszystko by nikt nie ucierpiał z mojego powodu i tego co się ze mną dzieje. 

Obrazek


W moim domu okna są blade

Bezwstydnie odsłaniają rzeczywistość

Kołyszących się z wiatrem nagich drzew

Ludzie chodzą ze spuszczonymi głowami

Patrząc na czubki butów gryzących chodniki

Samotność chowa się w zaułkach 

Niczym ostatni liść minionej jesieni

A krew z ostatniego promienia słońca

Spływa cicho wsiąkając w serce

Jak co roku w Nowym Roku


Są rzeczy i czynności, które lubię tylko raz w roku. Takim razem jest w Nowy Rok popijanie szampana i słuchanie trójkowego Topu wszechczasów. Przez cały rok nie piję szampana w myśl zasady, że można po lub przed ale nigdy w trakcie. Nie ma u mnie ani przed ani po. W trakcie też nie ma ale za to noworoczny szampan smakuje mi cudnie wyjątkowo i nawet bardziej niż ten pity o północy. Top trójki też mi smakuje. Dwa dni temu "młody" mnie przeegzaminował topem sprzed roku. Na setkę utworów, których fragmenty mi puszczał a ja miałam odgadnąć tytuł i wykonawcę, rozpoznałam jakieś 70 . Pozostałe 30 też były mi znajome ale upływ czasu nie jest korzystny dla pamięci. A zwłaszcza angielskich tytułów. Najbardziej cieszy mnie, że lata jakie poświęcam na muzyczną edukację mojego syna, nie idą na marne bo on sam zaczyna całkiem nieźle się orientować. Przynajmniej w tej klasyce bardzo dobrej ponadczasowej  muzyki. A pomyśleć, że kiedyś jak zabrałam go na koncert  Archive to ciągnął mnie do domu bo mu było za głośno. Mam nadzieję, że choć odrobinę tego uwrażliwienia muzycznego zostanie i zaprocentuje w przyszłości.
A dla mnie.
Jakaż to radość, że znów udało się dożyć do tych wrażeń, do tych małych smaczków życia. Jakież to subtelnie mi miłe, że mimo, iż jestem sama nie czuję się tak całkiem samotna mając takie dni. Aż chce mi się powtórzyć za Amstrongiem  -Wonderful  world.  

Każdemu życzę na ten Nowy Rok  aby można było go nazwać dobrym. Przezywając nasze dramaty abyśmy potrafili je przyjmować. By nasze słabości świadczące o naszym człowieczeństwie były naszą siłą. I aby nigdy nam nie brakowało tych małych ozdobników życia.

Kolęda


Wiem, że nie zawsze łatwo
Podejść do kogoś z opłatkiem
Czasem jest się w oddaleniu
A czasem w czyimś życia cieniu
Czasem tak nagiąć kark  trudno
Gdy ma się duszę brudną
I zdobyć się na odwagę
I wymaganą ogładę
Czasem jest się niewidomy, głuchym
Brakuje pokory i skruchy
A przecież to tylko opłatek
Jednak z tym majestatem
 Kawałek białego chleba
Traktować  należnie go  trzeba



Nasze


Kiedyś miałam okazję wyjechać na zachód z uwagi na pochodzenie mojego ojca.  Nie wyjechałam. Nie chciałam  czuć się obco w obcym kraju. Nie chciałam by ktoś kiedyś potraktował mnie jak intruza. I chyba trzeci powód, zwyczajnie nie lubię Niemców za historię. Zwisa mi to, że ktoś wykonywał rozkazy. Nie potrafię zrozumieć i na Boga, nie potrafię pogodzić się z tym co ci ludzie robili innym ludziom.  Przychodzi mi na myśl pewna książka Fleszarowej – Muskat  ‘’ Pozwólcie nam krzyczeć’’. Rzecz się dzieje w jednym z obozów pracy na terenie Niemiec , skupiającym więźniów francuskich, belgijskich i polskich. Pracują oni w fabryce wykonującej jakieś części zbrojenia, doskonale zdając sobie sprawę, że ta broń będzie użyta do zabicia ich rodaków. W  końcu nie mogąc zrobić nic innego, wysadzają most, po którym przejeżdża pociąg z bronią. Jeden z więźniów, Polak wdaje się w romans z niemiecką kobietą, której mąż jest na froncie a która uratowała mu życie po wysadzeniu mostu. Na tym nie kończy się cała historia. Jest wyzwolenie itd., itd.  Całość to tryptyk.  Druga z cyklu to ‘’Przerwa na życie’’ i o niej nie będę się rozpisywać ale ważna jest trzecia. Para więźniów, którzy po wojnie pobrali się, wraca do tego miasteczka. Jest to dla nich podróż sentymentalna po latach. Spotykają ludzi, z którymi wtedy związał ich los. Spotykają kobietę, z którą romans miał wspomniany Polak. Poznają jej syna i nie mają za grosz wątpliwości kto jest jego ojcem, podobieństwo jest uderzające. Tylko, że ten chłopak , młody ale już całkowicie dorosły ma faszystowskie przekonania. Fleszarowa niemal dała tym faktem czytelnikom w twarz i to boli. A owa para staje przed dylematem czy powiedzieć chłopakowi prawdę ? Może to go uchroni od potęgowania w sobie nienawiści do innych nacji. Nawet nie ma znaczenia jak się kończy trzecia część, czyli ‘’ Wizyta’’.  Piszę o tym w kontekście mojego wyjazdu na stałe do Niemiec, który nigdy nie miał szans dojść do skutku. Mimo tysiąca argumentów mojego męża a mieliśmy lata 80 i nie żyło się w naszym kraju łatwo. Nie jestem dumna z podjęcia takiej decyzji ale też w życiu jej nie żałowałam. Tylko, że czasy się zmieniły.  Jakież to gorzkie porównanie, że kiedyś wywożono Polaków na przymusowe roboty do Niemiec a mija raptem 50 lat i sami się tam pchają w poszukiwaniu lepszego ekonomicznie życia. Jakoś mam mniejsze skrupuły kiedy młodzi wyjeżdżają do innych krajów, do Anglii , Francji, Norwegii itd. Niech sobie będą obywatelami Europy skoro we własnym kraju nie widzą perspektyw. Niemcy jednak mnie stanowczo obrzydzają. Jeszcze bardziej brzydzi mnie trwająca wojna Polsko – Polska wykorzystująca każdą okazję. Nawet te, które powinny jednoczyć, z których wspólnie powinniśmy być dumni i znajdywać radość. Nie chce mi się tego słuchać który marsz będzie ważniejszy i czy w ogóle będzie. Straciło to cały sens. Jedyna nadzieja w młodych , tych całkiem młodych. W tym, że jak mój 15 letni syn wrócił z kina – Dywizjon 303 to powiedział – mamo miałem łzy w oczach bo byłem w tym kinie, patrząc na ten film , tak strasznie dumny, że jestem Polakiem. Kilka lat temu, chyba był w 6 klasie podstawówki zadzwonił do mnie telefon. Odbieram, przedstawia się nauczycielka historii. Akurat przerabiali wtedy II wojnę światową. Owa kobieta mówi do mnie – proszę pani dałam mu szóstkę bo nie ma większej oceny ale on ma takie wiadomości i tak potrafi o tym mówić, że cała klasa słuchała zdumiona, ma pani skarb w domu. Że skarb to ja wiem ale niezwykle przyjemnie usłyszeć to również z ust innych osób. Szkoła od dawna już nie uczy , szkoła realizuje program, przygotowuje do kolejnych egzaminów i nic poza tym. Stosunek do swojego kraju dziecko nabywa w domu i dobrze aby rodzice mieli tego świadomość zanim przy dzieciach zaczną psioczyć na swój kraj. To oczywiste, że wiele w nim nam się nie podoba  nadal żyje się ciężko choć ciężko inaczej ale jest NASZ. I choćby na świecie było milion piękniejszych miejsc to  nasze są Pieniny, nasze są Karkonosze, Bieszczady czy Roztocze. Nasz jest Kraków, Poznań i tysiące pięknych miast i miejscowości. Nie niszczmy tego w sobie byśmy mieli co przekazać naszym dzieciom i wnukom.